W najbliższy poniedziałek (20 października) odbędzie się spotkanie WHEEL Evening #006. Tak się składa, że tym razem gościem na spotkaniu będę ja :)
Na spotkaniu zamierzam mówić na ten sam temat, na który mówiłem wcześniej na Confidence 2014, czyli ogólnie o autoryzacji transakcji/operacji w bankowości internetowej. Prezentacja będzie z grubsza ta sama, choć tym razem zamierzam powiedzieć o kilku rzeczach, które na Confidence się po prostu nie zmieściły.
Nie lubię jeździć na wakacje w lecie. Głównie dlatego, że (prawie) wszyscy wtedy na wakacje jadą i jest straszny tłok. Zamiast tego preferuję początek września. Pogoda jest cały czas w porządku, a ilość ludzi – mniejsza.
Uzasadnienie (oficjalne) dwóch różnych dysków od dwóch różnych dostawców – mniejsza szansa, że padną oba jednocześnie. Nieoficjalnie – akurat nie było drugiego Seagate na stanie :P
Oryginał tego wpisu dostępny jest pod adresem NAS (2)
Po długim czasie myślenia nad zrobieniem sobie jakiegoś NAS (a choćby od tego czasu: Taki pomysł mam na domowego NAS, 2008 rok) w końcu potrzeba dojrzała i NAS zawitał do mojej małej serwerowni pod stolikiem z IKEA.
Na początek ten wpis i materiały powiązane: Irrational Fear of Risks Against Our Children. To samo dzieje się w naszym kraju. W efekcie mamy coraz bardziej nieprzystosowane do radzenia sobie w życiu pokolenia. Jeśli dzieci wychowują się w ochronnej bańce nie mają szansy nauczyć się, że każde ich działanie ma jakieś konsekwencje. Głupie działanie – konsekwencje niezbyt przyjemne. Wniosek – nie rób tego więcej / następnym razem pomyśl.
Z drugiej strony mamy mrożącą krew w żyłach historię o tym jak licealiści polecieli do Liberii, a tam, o jejku, jejku, Ebola szaleje. Rozumiem, że następnym krokiem będzie zakazanie wszelkich sportów ekstremalnych, prawda?
Powtórzę – każdy ma prawo podejmować decyzje dotyczące siebie samego. Te decyzje mogą być głupie, mogą być ryzykowne. Nie mam nic przeciw temu tak długo, jak osoba podejmująca te decyzje sama ponosi za nie odpowiedzialność (lub transferuje ryzyko np. na firmę ubezpieczeniową choćby w przypadku wspomnianych sportów mniej lub bardziej ekstremalnych) i nie mają one wpływu na innych.
W całej tej historii ewentualne zastrzeżenia miałbym co najwyżej do jednej sprawy. Nie do tego, że pojechali (narażają siebie), ale do braku badań przed powrotem, bo tutaj narażają już innych.
Choć mam pewne opory przed tym tytułem. To zdjęcie pochodzi z najwyższego miejsca, w którym byłem – Smreczyński Staw. Jest to ledwie jakieś 1226 metrów, no ale cóż zrobić... Ja za stary jestem, by chodzić po górach pod presją deszczu i burz. Ale spokojnie, może sierpień lub wrzesień będą ładniejsze i bardziej przewidywalne pod względem pogody. Zresztą wrzesień ma jeszcze taką zaletę, że jest już trochę luźniej.
Oryginał tego wpisu dostępny jest pod adresem Tatry
Wczoraj w ramach rozrywki wybraliśmy się na Turbacz. Trasa prosta, najpierw niebieski szlak z Rdzawki (stacja Statoil) na Stare Wierchy, a potem czerwony na Turbacz. Powrót w to samo miejsce tym samym szlakiem.
Z tą trasą mam już kilka doświadczeń. Kilka lat temu szlak niebieski niepostrzeżenie zmienił nam się w szlak zielony w okolicach Starych Wierchów przez co zamiast do Rdzawki zeszliśmy do Obidowej (ale szczęśliwie złapaliśmy PKS do Klikuszowej). Poprzednie wyjście skończyło się natomiast odwrotem z uwagi na zdecydowanie za duży deszcz.
Tym razem na Turbacz udało wejść się sprawnie, problem pojawił się przy zejściu. Jeśli szliście tą trasą (albo ogólnie – po Gorcach) to wiecie, że charakterystyczną cechą tych szlaków są drogi, które zaczynają się równolegle, często ponownie łączą w jedną, ale czasami jednak oddalają się od siebie i można wyjść w miejscu innym od zamierzonego. Z tego powodu staram się trzymać szlaku, a nie iść “na pamięć” bo po prostu brak jest wystarczająco charakterystycznych punktów orientacyjnych by być pewnym, którą z rozgałęziających się dróżek wybrać.
I tu właśnie coś, czego nie potrafię zrozumieć. Idąc niebieskim szlakiem zeszliśmy ze szlaku (właściwego) w okolicach tego punku: 49.548546N, 19.995380E i poszliśmy w prawo zamiast dalej do nieodległej już Rdzawki. Co najśmieszniejsze jednak – cały czas szlak (lub coś, co go bardzo dobrze udawało) był wyznakowany aż urywał się nagle i niespodziewanie na granicy lasu.
Od pewnego czasu pulsometr(y) zaczął wskazywać mi dziwne wartości. Nie żeby przez cały czas, ale jednak w dość powtarzalny sposób wskazania szły w kosmos. Po długich i ciężkich zmaganiach wygląda na to, że najprostsze rozwiązania są najlepsze – wystarczyło przesunąć pulsometr (opaskę) nieco w lewo.